poniedziałek, 12 października 2015

Ogłoszenie



Sprzedam trudne sprawy, najlepsze w gatunku.
Można je daremnie próbować rozwikłać,
co uświetni długie zimowe wieczory.

Nie należy ich mylić z błahymi sprawami,
takie da się zwykle załatwić w urzędzie
lub zamieść pod dywan, kiedy nikt nie patrzy.

Z dnia na dzień nie tracą nic z pierwszej ciężkości.
Nie rozwiążą ich rozmowy długie przez telefon,
nie przejdą po lekach ani gdy się zaśnie.

Wierne niczym dreszcze w niedobrej godzinie,
dojmujące jak ból serca krótko po złamamaniu –
świetnie służyć będą amatorom przygód.

Na wizyty zabierać – raczej nie polecam,
w towarzystwie nie mają większego posłuchu,
nikt ich nie traktuje z należną powagą.

Dobrze się komponują z czarnymi myślami,
będą też pasować do białej gorączki,
jeśli już się taką w kolekcji posiada.

Sprzedam trudne sprawy
lub chociaż zamienię
na drobniejsze troski.

W cenie gratis:
dobre miny do złej gry
i okulary przeciw zwierciadłom duszy.

wtorek, 21 października 2014

Żałoba przedmiotów



Mieszkanie nie odczuwa
pustki po odejściu.

Nie załamuje się krzesło,
choć nikt na nim nie siada.

Samotne nie bywa lustro
bez czyjegoś odbicia.

Ściany nie dotyka,
że się nań cień nie kładzie.

Klamce nie tęskno
do uścisku dłoni.

Przedmioty działają bez szwanku,
zgodnie z przeznaczeniem.
Trwają – jak trwały –
w stałym położeniu.

Jakie one profesjonalne
przy nas – poruszonych.

poniedziałek, 6 października 2014

Wyprawka



Jeszcze bierze lekcje pływania
w spokojnych wodach płodowych.
Nie dla niej warczą morza.

Ziemi trzęsienia, serca trwogi,
lodowate dreszcze z północy –
na dalekim świecie, być może.

Wszystko pomniejsze z dala,
jak z książki dziecięcej –
trawka, a w niej kwiatuszki.

Lasy – naiwnie zielone,
niczym zdjęte z pocztówek
i wszystkie bezzębne.

Drzewa – z rzadka,
nie sposób zabłądzić.

Góry – tak niskie,
że przepaści nie ma.

Kamienie – zbyt lekkie
na poważne rany.

Już kupiono globus,
by świat rozebrać z tajemnic
zaraz po urodzeniu.

Drzemią na nim góry,
w każdej chwili gotowe
do góry wystrzelić.

Pustynie – tak małe,
że wody łyknąć można
z pobliskiego morza.

I miasto – ziarnko piasku,
w którym jej czekają
ze wstrzymanym światem.

środa, 1 października 2014

Narodziny



Liczba ludności niewiele się zmienia
po narodzinach jednego dziecka.
Dla statystyki – drobna poprawka
w dalekim rzędzie.

Papier jest płaski, nie widać ile
świata przybywa od jednej osoby,
a atrament – choć niebieski –
przemilcza kwestię błękitu oczu.

Wbrew statystyce – w czterech ścianach –
ciągnąć się mogą osobne krainy.
Od drzwi zejść można
w dolinę niczyją.

Tutaj się liczy w latach świetlnych
odległość stópki od czubka głowy,
piórkowa waga najwyższej jest wagi,
a skóry skrawek starcza za ojczyznę.

Wielkie liczby – bez znaczenia,
póki się do nich
tej jednej
nie doda.

poniedziałek, 26 maja 2014

Zdjęcia z dzieciństwa



Nie poznaję siebie ze zdjęć.
Tam nie boję się wcale
brać milowe kroki.

Ważę tyle co piórko,
nie ciąży mi jeszcze
żaden kamień u serca.

Jeśli już spadam –
to z bezpiecznej wysokości
i z miękkim lądowaniem.

Pogoda zależy tylko od słońca,
jak dotąd nie znam mroku,
co drąży od środka.

Niewiele jest sprawdzone,
lecz wszystko wiadomo
z pełnym przekonaniem.

Cierpienia jest tyle
ile zadrapań kota
czy użądleń osy.

Zegarek odmierza czas gotowania jajka,
żadnych minut w godzinie
i godzin w wieczności.

Śmierć – gdy śpisz – przychodzi
z rzadka
i tylko do obcych.

Najwyżej tyle się dzieje
ile w głowie się zmieści,
a każdy widok – do zniesienia.

środa, 5 marca 2014

Śniadanie



Śniadanie na obrazie
odbywa się w pełnym składzie.
Śmierć jest daleko poza stelażem.

Stół nie nosi śladów nóg powyłamywań.
Ciemnych plam życiorysu
nie znać na obrusie.

Ręce ma każdy złożone w kostkę,
przylegające ściśle do imbryczka,
a tam herbata w sam-raz.

Telefon nie dzwoni ze złą wieścią,
w żadnym oku łza się nie kręci,
rzęsy – długie i nie wypadają.

Nikogo ząb nie boli i serce złamane.
Każdy – wiecznie żywy –
w tej chwili wyjętej z czasu.

My tymczasem jemy śniadanie nie z obrazka.
Każdy w swoim ciele podniszczonym
z upływem godzin i lat.

Stół jest prawdziwy, nieoprawiony w ramy.
Przy nim – coraz więcej
pustych po nas miejsc.

czwartek, 23 stycznia 2014

Akwarium



Poddaję ciało renowacji.

Twarz – do gruntownej przebudowy.
Czoło należy wygładzić, zbyt często
przyodziewa zmarszczki wzburzenia.
Policzki trzeba pokryć szpachlą,
by ani jednej miny płotka
nie wyskoczyła nad powierzchnię.

Gardło niech będzie sztywną rurą,
bez śladu po ławicy spazmów.
Ręce się winno pokryć gipsem,
zwiesić u ramion, by ani drżały.
Palcom ukrócić – raz na zawsze –
swawolne węgorzenie.

Nogom – uginać się w kolanach –
nie można, stawy proszę zamurować.
Stopy niech staną w fundamentach,
by nie zbaczały na manowce.
Pięty – po dziadku Achillesie –
podkuć wypada dla ochrony.

Na koniec – lakier przezroczysty,
bym mogła zniknąć higienicznie,
nie zostawiwszy po sobie żalu,
okruszka włosów, śladu palca,
wysiedzianego miejsca
na wersalce.

Już nieruchomo stoi makieta.
Już śrubki zwątpień dokręcono.
Skoszona linia ramion – prosta.
Cisza, jak makiem ikry zasiał.
Z tak zimną krwią i bez poruszeń
można się z światem śmiało mierzyć.

Naraz od nowa powraca czucie.
Coś oddech bierze pośrodku ciała.
Za żeber sitowiem – flądra niemądra –
w akwarium pływa, nazbyt ciasnym
dla – sześćdziesięciu na minutę –
łopotów. Ogonem bije na alarm.

Już biegną ręce,
już palców węgorze drapią
zdziwione czoło, miękną nogi.
Już się narybek gromadzi rumieńców.
Gardło nerwowo przełyka
urojone ości. 

Rusztowanie pęka z hukiem.

Niektórzy potrafią 
popaść w odrętwienie.
Ja wciąż podejmuję 
nieudane próby.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Gatunek zagrożony



Ach, więc to prawda –
istota z zagrożonego gatunku.
Jednorożec znany tylko z obrazka.
Biała dama, co straszyła na zamku.
Lądolód topniejący w oczach.

Nie nazbyt gromadnie zasiedla
wilgotne tereny ust zamkniętych.
Czterech ścian ciasne rezerwaty.
Publicznie – jak zbieg – nie bywa,
nie błądzi w rozmowach obcych.

Jej daleka kuzynka – półprawda –
świetnie się trzyma. Całe kłamstwo
pozostaje przy dobrym zdrowiu.
Dla łgarstwa – w żywe oczy –
nic trudnego – zaraz skoczy.

Tylko prawda i cała ona –
podupadła ostatnio na duchu. Ponoć
ktoś ją widział w milczeniu kochanków.
W spojrzeń pływała głębinie,
igrała na styku palców.

Niestety żyła krótko.
Zaledwie dwa oddechy.
Do pierwszej obietnicy.

Ach, więc to prawda –
trzecia od lewej w gablocie,
tuż obok szkieletu nadziei
i wypchanej miłości po grób.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Różnice



Śmierć nie pyta o imię i nazwisko,
przynależność do grup i jednostek,
znajomość języków i towarzystw.

Nie interesuje ją pochodzenie,
liczba dzieci i przykrych wspomnień,
stosunków z miłości i powinności.

Obce jest jej zaglądanie w oczy,
przeszukiwanie kieszeni,
rozliczanie z bagażu doznań.

To życie dzieli na złych i dobrych,
na tych zza muru i z lepszego świata,
na ludzi i ludzi gorszej kategorii.

Życie wymaga dodatniego bilansu
wzlotów i upadków, nadwyżek
zawierzeń nad zwątpieniami.

Znania raczej osobistości niż osób,
posiadania szlachetnego urodzenia
zamiast szlachetnego serca.

Nie każdy jest z nim przeproszony,
nie każdy może z nim iść w parze,
nie każdemu życie miłe.

To śmierć jedno tylko ma życzenie –
odebrać życie, a życie – dla niej –
każde tyle samo warte.

czwartek, 2 stycznia 2014

Matematyka



Wszystko już policzone.
Dawno porachowano kości w człowieku,
wliczając kowadełko – tycie, lecz wielkiej wagi.
Zarachowano zęby, włosy i krwinki.

Wiadomo, ile czego się mieści
w jednym mililitrze żywej tkanki.
W całej rozpiętości ile mierzy skóra,
ile oddechów trzeba na minutę życia.

Określono liczbę nerwowych połączeń,
wskazano z chirurgiczną precyzją
drogę dla przejścia myśli w słowa,
słów w uczynki nie do cofnięcia.

Oszacowano refleksyjność mięśni,
sprężystość ścięgien i giętkość języka.
Rolę serca sprowadzono do pompy.
Duszy ostatecznie nie ujawniono.

Nie wynaleziono jeszcze tylko maszyny,
co nas rozliczy z własnym sumieniem,
poda sumę naszych wszystkich strachów,
przybliży ilość niemocy na jedno istnienie.

Powie, ile komu zostało
z zaokrągleniem do jednej chwili
na ostateczne podsumowania.

środa, 1 stycznia 2014

Kobieta



Kobieta – na pozór złożona z prostych elementów.

Ma dłonie, by je mogła opuszczać w geście rezygnacji,
by nie w pięści je składać, lecz do modlitwy,
by oddać wszystko, nie biorąc nic w zamian.

Ramiona – do trwania w napięciu wielkich oczekiwań,
do wzruszania na znak, że jej wszystko jedno,
choć czuje zbyt wiele i o wiele za mocno.

Jej usta – niewypowiedzianych słów cmentarze –
tych odroczonych prośbą i powstrzymanych przemocą,
najtkliwszą uduszonych miłością.

Jej głowa – od potakiwania, trzymania się prosto,
udawania bezmyślnej, choć się wiecznie głowi.
Oddechy – każdy jak tęsknota, żaden jak spełnienie.

Kobieta – kilka prostych elementów niepojętej konstrukcji.
Waha się unieść dłoń, otworzyć usta, rozluźnić ramiona
i odetchnąć z ulgą.

wtorek, 24 grudnia 2013

Królowa



Królestwa – tylko te znaczne,
jeśli o międzynarodowych wpływach.
Wybacz więc, kuchni królowo,
że nie piszesz się w poczet.

Królowa winna rządzić światem,
ty uprawiasz zaledwie porządki,
od podłogi po sufit
panujesz niepodzielnie.

Wojny toczysz tylko domowe,
walki – tylko wewnętrzne.
Żadnych konkurów na miecze
czy pojedynków na pistolety.

Podbiłaś może kilka podniebień,
nigdy żadnej rusi ni podola.
Może jedno serce,
lecz ci je szybko odbito.

Wybacz więc, kuchni królowo,
że twe życie przemilczy historia.
Dla niej to co mniej ważne
nie ma większego znaczenia.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Inflacja słowa



„Nigdy więcej”
obecnie krótko żyje.

„Przepraszam”
znaczy tyle co przecinek.

„Obiecuję”
trwa z górą miesiąc.

„Przysięgam”
najwyżej kilka lat.

„Aż do śmierci”
umiera młodo.

„Na zawsze”
nie dożywa starości.

czwartek, 19 grudnia 2013

Odległości



Niewielu z nas wie,
gdzie jego skrawek ziemi,
a studiujemy mapy nieba.

Znamy trasy przelotu komet.
Od myśli do wyciągnięcia ręki
gubimy drogę.

Marzymy o lotach w kosmos,
a daleko nam
nacisnąć klamkę.

Gotowi przekraczać atmosferę,
własnego odtąd – dotąd
nigdy.

Nawiązujemy łączność satelitarną.
Boimy się
posłać jedno spojrzenie.

Wszechświaty równoległe
niekiedy
pod jednym istnieją dachem.

niedziela, 15 grudnia 2013

Klasa



Upominam dłoń.
Za wychodzenie na mróz bez rękawiczki.
Dotykanie gorącego, mimo uprzednich oparzeń.
Drżenie w niebezpieczeństwie.
Za uśpioną czujność i spóźnioną pomoc.

Karcę oko.
Za daleko idącą krótkowzroczność.
Za pierwsze, pobieżne spojrzenie.
Zamykanie się przed widokiem.
Zbyt częste łzawienie.

Strofuję usta.
Za słowo przed myślą.
Za krzyk, co przechodzi bez echa.
Pytania bez odpowiedzi
i pocałunki na wietrze.

Ganię serce.
Za przegrane z rozumem.
Za kochanie bez pamięci złamań.
Za to, że nie z kamienia.
Nie sługa.

Krnąbrni to wychowankowie.
Niewiele ich uczy historia.
Źle im idą rachunki sumienia.
Usta często mówią niepytane,
Ucho udaje, że nie słyszy,
a Serce się huśta na Dłoni.

Nabór do tej klasy był dość przypadkowy.
Jeszcze przed narodzinami kandydatów
raz na zawsze zamknięto listę uczniów
i przydzielono dozgonne wychowawstwo.

sobota, 14 grudnia 2013

Widokówki



Krótki jest żywot przejazdem mijanych miejscowości,
niedługie życie przelotnych znajomości.

Tabliczka z nazwą nie daje żadnej wiedzy,
imię niczego nie wyjaśnia.

Uporządkowane podwórko nie zdradza zamętu za progiem,
gładka skóra twarzy nic nie mówi o ukrytych bliznach.

Ze skrzyżowania już usunięto wraki samochodów,
z serca zdjęto kamień, nie ma po nim śladu.

Świeci słońce – nikt nie wierzy w burzę,
obecność uśmiechu podważa smutek.

Migawka oka tnie widoki na widokówki,
nie uwzględnia tego, co poza ramką.

Łatwo człowieka pomylić z widokówką,
skazać na pierwszy rzut oka.
I ostatni.

piątek, 13 grudnia 2013

Las



W pełnym świetle wszystko wygląda znajomo,
potem gęstnieją drzewa i ściemnia się obraz.
Ciemność przepoczwarza rzeczywistość,
oczy w ślepia, włosy w sierść, zęby w zębiska.

Z drzew korony spada kłoda pod moje nogi.
Tyle razy ćwiczyłam biegi z przeszkodami.
To na nic – nadal nie mam pewności –
czy podołam następnej próbie.

Sarny dwójkami przebiegają drogę,
każda z nich trwożna, nigdy uśpiona,
w razie czego gotowa wszystko zostawić i uciekać.
Ciągle się od niej uczę.

Dalej w las, sosna sośnie powtarza moje lęki.
Zabawa w głuchy telefon nie przybliża prawdy.
Czego dlaczego się lękam?
Tylko echo odpowiada.

Kiedy przez las idę,
przez siebie idę.
W nieznane.

niedziela, 8 grudnia 2013

Recepty



Potrzebuję leku na uspokojenie.
Chciałabym ograniczyć kontakt z rzeczywistością,
zbyt wiele już z nią miałam bolesnych zderzeń.
Mogłybyśmy pisywać do siebie listy,
wizyty z rzadka i tylko umówione.

Potrzebuję też leku na zdziwienie.
Chciałabym na nowe patrzeć jak na stare.
Pierwszy raz nic nie robić, zawsze kolejny.
Co obce – mieć dawno oswojone.
Sama dla siebie być znajomą.

Cierpię również na niedobór przy mnie osób.
Jeśli można by przepisać coś na uzupełnienie.
Wystarczą mikroelementy,
to nie muszą być wielkie osoby,
zwykli ludzie do towarzystwa.

I ostatnie – coś na sen.
Chciałabym przespać czas,
nim zaczną działać przepisane leki.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Nazewnictwo



Łagodzenie obyczajów
zamiast
upadek

Identyczny z naturalnym
zamiast
sztuczny

Ścinka drzew
zamiast
wyrąb lasu

Rytualny ubój
zamiast
podrzynanie gardła

Nie przezywaj mnie
mam na imię

czwartek, 28 listopada 2013

Wizyta lekarska



Nie potrzeba mi już oczu,
patrzy za mnie tomograf komputerowy.
Nie potrzeba, bym ja na pana patrzył,
panie Kowalski.

Pańską wątrobę czeka operacja.
Ta zmiana ze skanu numer sto czterdzieści
sama nie zniknie,
panie Kowalski.

Po operacji wątrobę należy karmić lekkostrawnie,
od czasu do czasu przewietrzyć,
niekiedy zabrać na badania kontrolne,
panie Kowalski.

Tak ciekawe przypadki wątrób zdarzają się rzadko.
Trudno będzie o pełne wyleczenie,
może trzeba będzie przeszczepiać,
panie Kowalski.

Powstaje też pytanie,
jak my to rozliczymy z enefzetem,
czy znajdą się odpowiednie procedury w katalogu,
panie Kowalski.

Ale tym się proszę nie martwić,
proszę zażywać witaminy,
spacerować z umiarem mając na uwadze wodobrzusze,
panie Kowalski, i żylaki.

Zawiadomimy pana wątrobę telefonicznie
o planowanym terminie operacji.
Tymczasem do widzenia,
ktoś tam czeka z żołądkiem na korytarzu.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Autoportret



Choć jestem osobą,
nigdy nie będę
osobistością.

Nawet od święta
nie będę święta.

Od wielkiego dzwonu 
wielka.

Za to od małego
maleńkość mi odpowiada.

To od małej iskry
zaczął się 
wielki wybuch.