czwartek, 23 stycznia 2014

Akwarium



Poddaję ciało renowacji.

Twarz – do gruntownej przebudowy.
Czoło należy wygładzić, zbyt często
przyodziewa zmarszczki wzburzenia.
Policzki trzeba pokryć szpachlą,
by ani jednej miny płotka
nie wyskoczyła nad powierzchnię.

Gardło niech będzie sztywną rurą,
bez śladu po ławicy spazmów.
Ręce się winno pokryć gipsem,
zwiesić u ramion, by ani drżały.
Palcom ukrócić – raz na zawsze –
swawolne węgorzenie.

Nogom – uginać się w kolanach –
nie można, stawy proszę zamurować.
Stopy niech staną w fundamentach,
by nie zbaczały na manowce.
Pięty – po dziadku Achillesie –
podkuć wypada dla ochrony.

Na koniec – lakier przezroczysty,
bym mogła zniknąć higienicznie,
nie zostawiwszy po sobie żalu,
okruszka włosów, śladu palca,
wysiedzianego miejsca
na wersalce.

Już nieruchomo stoi makieta.
Już śrubki zwątpień dokręcono.
Skoszona linia ramion – prosta.
Cisza, jak makiem ikry zasiał.
Z tak zimną krwią i bez poruszeń
można się z światem śmiało mierzyć.

Naraz od nowa powraca czucie.
Coś oddech bierze pośrodku ciała.
Za żeber sitowiem – flądra niemądra –
w akwarium pływa, nazbyt ciasnym
dla – sześćdziesięciu na minutę –
łopotów. Ogonem bije na alarm.

Już biegną ręce,
już palców węgorze drapią
zdziwione czoło, miękną nogi.
Już się narybek gromadzi rumieńców.
Gardło nerwowo przełyka
urojone ości. 

Rusztowanie pęka z hukiem.

Niektórzy potrafią 
popaść w odrętwienie.
Ja wciąż podejmuję 
nieudane próby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz