Poddaję
ciało renowacji.
Twarz
– do gruntownej przebudowy.
Czoło
należy wygładzić, zbyt często
przyodziewa
zmarszczki wzburzenia.
Policzki
trzeba pokryć szpachlą,
by ani
jednej miny płotka
nie
wyskoczyła nad powierzchnię.
Gardło
niech będzie sztywną rurą,
bez
śladu po ławicy spazmów.
Ręce
się winno pokryć gipsem,
zwiesić
u ramion, by ani drżały.
Palcom
ukrócić – raz na zawsze –
swawolne
węgorzenie.
Nogom
– uginać się w kolanach –
nie
można, stawy proszę zamurować.
Stopy
niech staną w fundamentach,
by nie
zbaczały na manowce.
Pięty
– po dziadku Achillesie –
podkuć
wypada dla ochrony.
Na
koniec – lakier przezroczysty,
bym mogła zniknąć higienicznie,
nie
zostawiwszy po sobie żalu,
okruszka
włosów, śladu palca,
wysiedzianego
miejsca
na
wersalce.
Już
nieruchomo stoi makieta.
Już
śrubki zwątpień dokręcono.
Skoszona
linia ramion – prosta.
Cisza,
jak makiem ikry zasiał.
Z tak
zimną krwią i bez poruszeń
można
się z światem śmiało mierzyć.
Naraz
od nowa powraca czucie.
Coś
oddech bierze pośrodku ciała.
Za
żeber sitowiem – flądra niemądra –
w akwarium pływa, nazbyt ciasnym
dla –
sześćdziesięciu na minutę –
łopotów. Ogonem bije na alarm.
Już
biegną ręce,
już
palców węgorze drapią
zdziwione
czoło, miękną nogi.
Już
się narybek gromadzi rumieńców.
Gardło
nerwowo przełyka
urojone
ości.
Rusztowanie
pęka z hukiem.
Niektórzy potrafią
popaść w odrętwienie.
Ja
wciąż podejmuję
nieudane
próby.